Studniówka mimochodem

Dokładnie tydzień temu, niemal niezauważenie, przemknął setny dzień do odpalenia wyprawy. Sto dni – duża, ostatnia trzycyfrowa liczba przed wylotem do Taszkientu. Dzień ten przemknął niezauważenie, bo wir prac różnych jest na tyle pochłaniający, że kwestią odrywania kartek z kalendarza jakoś nie mącimy sobie głowy. Kasia optymistycznie napisała mi, że to dużo. Magia dużej liczby. We mnie amplituda napięć i stresów różnorakich delikatnie wzrosła, bo to TYLKO sto dni. Nieco ponad trzy miesiące. Czyli mało, bardzo mało. Cały czas mam bowiem wrażenie, że w przygotowaniach jesteśmy jakieś 150 dni od startu.

Londyn celebruje studniówkę do największej nie-wojennej operacji na tkance miasta, jaką będą Igrzyska Olimpijskie. Photo: AFP/getty images

Sen z powiek spędzają obecnie wizy. Duża, biurokratyczna operacja, prowadzona listownie i przez pośredników. Kasia jest obecnie w Holandii, gdzie w pocie czoła ciuła pieniążki na wyprawę. Najbliżej ma do ambasad w Brukseli, ale horrendalnie napięty grafik nie pozwala jej na jedno-,dwudniową wizytę w Belgii, więc prawdopodobnie walczyć będzie listownie o wizy. Ale to oznacza znaczne opóźnienia proceduralne, a legendy o opieszałości azjatyckich placówek w Europie nie nastrajają optymistycznie. Ja zaś, będąc w Norwegii, gdzie naprzemiennie oddaję się przyjemnościom studiowania i wątpliwej jakości przyjemnościom ciułania pieniążków (o tyle dobrze, że na rowerze, o czym będzie jeszcze czas napisać), staram się wyrwać wizy z ambasad w… Berlinie. Celowo, o czym też będzie jeszcze czas napisać.

Sprzęt dzięki internetowi powoli spływa, co z jednej strony cieszy (bo jest i czeka), z drugiej martwi (bo nie możemy weryfikować, testować, dopasowywać). W czerwcu, mniej więcej w połowie, będziemy już w Polsce biegać za wszystkim. Teraz z zaciśniętymi zębami i z głową wędrującą po pamirskich przestrzeniach, wracamy do szarawej, ale wiosennej już codzienności. Trzymajcie kciuki!

Towarzyskość

Znacie takie słówko? Z angielska to będzie sociability. Brzmi pokracznie, ale autorytatywne źródła wskazują, że jest ono poprawne i – zgodnie z mniemaniem – znaczy tyle, co skłonność do przebywania z ludźmi. Słownik nie precyzuje o jakie to formy przebywania z ludźmi chodzi, ale mniemamy, że o wszelakie. I nie tylko te z gatunku twarzą w twarz. A piszę o tym nie bez kozery, bo przebywać dzisiaj z ludźmi można na bardzo wiele sposobów. W sieci na przykład. Aż trudno w to uwierzyć, ale tylko na polskim rynku działa już 30 sieci społecznościowych. Trzydzieści! Abstrahując od jakości owej towarzyskości, które te serwisy gwarantują, możemy śmiało mówić, że to coś na kształt biegunowego tąpnięcia. Już od dawna spędzamy bowiem więcej czasu z ludźmi via online, niż offline. Czytaj dalej

Otwieramy angielską wersję naszej strony

W gruncie rzeczy Google Translator powinien załatwić sprawę, ale nie idziemy na łatwiznę i nie zadowalamy się ubogiej jakości tłumaczeniami zapodawanymi przez algorytm wujka googla. Poczynając od niniejszego wpisu, dołożymy wszelkich starań by każdy kolejny ukazywał się w podwójnej wersji. Nawigacja między językami jest bardzo przyjazna i odbywa się za pomocą angielskiej/polskiej flagi umieszczonej w pasku menu (powyżej). Jakkolwiek prosto to może wyglądać, ta zmiana wymaga sporej pracy wokół silnika WordPress’u. Stąd możliwe zakłócenia w działaniu strony w ciągu najbliższych dni. Do końca tygodnia wszystko powinno śmigać elegancko! Serdeczności

Podejdź no do płota

W trzecim etapie naszej podróży będziemy mieli okazję przekroczyć bodaj jedną z najoryginalniejszych granic na świecie. Mowa o przejściu granicznym w Kaszmirze.
Wyobraźcie sobie bowiem rozgrywający się dwa razy dziennie (codziennie) wielki festyn o niesłabnącej popularności, w którym każdorazowo uczestniczą dziesiątki tysięcy osób. Przy skandujących tłumach i bogatej artystycznej oprawie odbywa się niebywała uroczystość z okazji otwarcia i zamknięcia przejścia granicznego między Pakistanem a Indiami. Rozgrywająca się pod hasłem pojednania zwaśnionych państw, jest de facto manifestacją sprawności żołnierzy, patriotycznych sił zgromadzonej publiki i wyrafinowania w prezentowaniu narodowej dumy.

Na naszą relację musicie poczekać do jesieni, jednak już teraz o tym granicznym fenomenie, a także o innych niezwykle inspirujących miejscach na Ziemi możecie przeczytać w najnowszym numerze magazynu Dookoła Świata. Życzymy miłej lektury i zapraszamy – tylko 6 złotych – w salonach sprzedaży prasy: Ruch, Kolporter i Empik.

Zasada numer 1: elastyczność

Na naszym profilu Facebookowym już dzieliliśmy się mapką poglądową na wschodnią półkulę, prezentującą gdzie dokładnie się wybieramy. No, może nie z chirurgiczną precyzją, ale daje to pewien obraz. Jak ktoś gustuje w mapkach i chce dopatrzeć się kiedy będziemy skręcać w prawo, a kiedy w lewo, to zapraszamy do strony TRASA, gdzie – korzystając z fantastycznego narzędzia do kreślenia tras rowerowych jakim jest bikemap.net – wyrysowaliśmy kilometr po kilometrze. Jednocześnie zaznaczyć trzeba, że o ile rdzeń pozostaje niezmienny, to pewne odbicia, zniekształcenia mogą mieć miejsce. I tak w obecnej chwili już na 90% wiemy, że … nie ruszymy z Duszanbe. Niestety, nasza ostatnia nadzieja na w miarę tani lot to Tadżykistanu Air Baltic, zawiesił połączenia do podnóża Pamiru. Miast tego ruszymy z Tashkentu, stolicy Uzbekistanu. Czyli 400 kilometrów na północ, czyli + 400 kilometrów do przepedałowania i całkiem solidne pagóry po drodze. Trzeba przyznać, że z każdym kolejnym krokiem przygotowań do wyprawy, wyrabiamy w sobie przeświadczenie, że to właśnie elastyczność będzie kluczem do sukcesu. Serdeczności!

Geograficzna sprawiedliwość

Członkowie rosyjskiej wyprawy zimowej na K2 na punkcie widokowym na styku Hindukuszu, Himalajów i Karakorum (fot. Jurij Dimczuk)

Nazwa naszej wyprawy, jakkolwiek długa, winna być jeszcze dłuższa! By oddać sprawiedliwość geografii i klarownemu podziałowi pasm górskich na obszarze Pakistanu, winniśmy wspomnieć iż praktycznie przejdziemy też przez obszar gór Hindukuszu. To – przeszło 800 kilometrowe – pasmo sięgających nawet 7700 mnpm szczytów, rozciąga się szerokim łukiem przez centralny Afganistan aż ku północnym rubieżom Pakistanu, gdzie głęboko wciętą doliną rzeki Indus graniczy z Himalajami i Karakorum. Jakkolwiek istotna geograficznie, nasza obecność na terenie Hindukusz będzie symboliczna, bo zaledwie jednodniowa. Przemierzając Karakoram Highway, podczas drugiego etapu jedynie na moment zboczymy do Gilgit – urokliwego miasteczka, geograficznie przynależącego już do Hindukuszu (zachodni brzeg Indusu). Z tego też powodu nie rozwijamy w nieskończoność naszej nazwy – i tak przecież nieznośnie długiej. Serdeczności!

Rowerem tam, gdzie wyżej się już nie da!

Albo „Dach świata rowerem”, bądź też „Rowerem w chmurach” i wiele innych na poły absurdalnych haseł rodziło się w naszych głowach, gdyśmy siadali do „konceptualnej” pracy przy organizacji tej wyprawy. Ostatecznie jedziemy, po prostu, Rowerem przez Himalaje, Karakorum i Pamir. I wcale nieprawda, że wyżej się już nie da. Da się, co udowodnili na przykład bracia Duszak w sławetnej wyprawie w Andy. Do rozpoczęcia wyprawy pozostało prawie 6 miesięcy. Dużo? Szalenie mało, a karteczka ze sprawami „to do” jest okrutnie długa i ani drgnie, zaś stale się wydłuża. Dlatego ze stroną ruszamy już teraz, by starannie dokumentować nasze przygotowania. Howgh!